Ciężko chore mopsy z hodowli "SZKRAB" k. Radomia!

Historia pani Angeliki Przychodzkiej wywołała poruszenie na naszej grupie społecznościowej. Użytkownikom nie tylko pękły serca, ale narodził się w nich gniew. A w pani Angelice determinacja do tego, aby właściciela hodowli pociągnąć do odpowiedzialności, a przede wszystkim doprowadzić do interwencji w jego domowej hodowli aby sprawdzić, w jakich warunkach żyją psy. W międzyczasie odezwały się kolejne osoby posiadające mopsy z tej samej hodowli i również zdecydowały podzielić się swoimi doświadczeniami. Jak się okazuje, jedna historia wyciąga na światło dzienne kolejne. Może opisane historie będą pierwszym krokiem na drodze ku prawdzie. 
Zdjęcie z ogłoszenia miotu, wstawione do internetu przez hodowlę SZKRAB
W wakacje 1 lipca br. pani Angelika Przychodzka wraz z partnerem udała się do hodowli SZKRAB w miejscowości Dobrut k. Radomia. Ku jej zdziwieniu nie zastała tam suczki - matki piesków z ogłoszenia, lecz jedynie ojca miotu i same szczeniaki. Hodowca, pan Szymon twierdził, że przywiózł psy z innego miejsca, bo tutaj przy okazji odbioru "mogą się wybiegać". Pani Angelika zastanawiała się czemu cała transakcja nie odbywa się w docelowym miejscu, w którym prowadzony jest rozród oraz dlaczego nie może zobaczyć warunków, w których chowane są szczenięta i ich matka, lecz jak mówi:
Hodowca miał taką gadkę, że ostatecznie nie zwróciliśmy na to wielkiej uwagi. Wydawał się bardzo porządny i godny zaufania.
Do transakcji doszło na podwórku. Bez podpisywania umowy, 1200zł do ręki hodowcy, a w zamian za to wyprawka dla szczenięcia, chip do wszczepienia, książeczka zdrowia i metryka wystawiona przez Stowarzyszenie Miłośników Zwierząt "DOMIN". Pan Szymon wspomniał o możliwości wyrobienia rodowodu, ale jakiego - już nie podkreślił... 

Nazwisko i pełen adres hodowcy nie zostały w pełni upublicznione
zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych.
Tak pani Angelika wraz z partnerem, stali się właścicielami mopsa, któremu nadali imię Arnold.

 

Po dotarciu do domu okazało się, że szczenię nie trzyma moczu. Tak więc już następnego dnia pani Angelika udała się do kliniki weterynaryjnej, aby pieska przebadać. W kolejnych dniach zrobiono Arnoldowi m.in. usg, badanie moczu i badanie krwi. Wyniki wykazały bardzo dużych rozmiarów kamień w pęcherzu oraz wnętrostwo. Konieczna okazała się niezwłoczna operacja.

W obliczu tej sytuacji właścicielka skontaktowała się telefonicznie z hodowcą. Chciała uzyskać wyjaśnienia i swoje pieniądze. Pan Szymon jednak w mgnieniu oka zaproponował zwrot psa, a w zamian zwrot pieniędzy, na co pani Angelika nie przystała. Hodowca zapewniał, że wyleczy pieska u zaprzyjaźnionego weterynarza, dobrego kolegi. Właścicielka jednak - po wcześniejszym przeglądzie książeczki zdrowia Arnolda - uznała, że "zaprzyjaźniony" weterynarz nie wzbudza w niej zaufania i sama zadba o to, aby piesek był operowany w klinice, która zapewni zwierzęciu najlepsze warunki i opiekę podczas zabiegu. Zażądała jedynie zwrotu pieniędzy za operację albo za psa. W odpowiedzi usłyszała jednak stanowczą odmowę i ponowną propozycję zwrotu zwierzęcia.
Już wtedy wiedziałam, że po prostu komuś wciśnie tego szczeniaka nie lecząc go, dlatego ponownie się nie zgodziłam. Powiedziałam, że pójdę na policję i do skarbówki - w końcu nie dostaliśmy umowy, więc sprzedaż nie została opodatkowana. Wtedy zgodził się na nasze warunki czyli zwrot pieniędzy za psa. Ale i tak na końcu oskarżył mnie o wyłudzenie pieniędzy.
Pani Angelika i mops Arnold
Fragment wyników badań krwi i USG 
I tak 7 lipca - niespełna tydzień po odbiorze z hodowli, 4-miesięczny mops wylądował na stole operacyjnym. Podczas zabiegu usunięto Arnoldowi kamień z pęcherza. Lekarz definitywnie podkreślił, że takie schorzenie nie występuje samoistnie u tak małego psa, lecz jest przekazywane drogą genetyczną. 
Kamień usunięty podczas zabiegu. Wypełniał większą część pęcherza pieska.
Po operacji piesek przyjmował leki, był pod obserwacją, a pani Angelika wraz z partnerem wierzyli, że dramatyczna sytuacja dobiegła końca. Stan mopsa się poprawiał, lecz po 3 miesiącach nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Arnold w środku  nocy zaczął mieć problemy z oddawaniem moczu.
Nie spał, piszczał, więc o godzinie 4 rano pojechałam z nim do weterynarza. Okazało się, że znowu pojawiły się kamienie, dodatkowo zatykając cewkę. Pies nie mógł oddać moczu.
Arnoldowi założono w nocy cewnik i zlecono kolejne badania. Za dnia, pani Angelika udała się do weterynarza prowadzącego leczenie pieska, aby wykonać ponowne badania krwi, moczu, RTG oraz USG. Wyniki były bardzo niepokojące.
Dostał mnóstwo leków. Po 4 tabletki do każdego posiłku!
 Fot. Tabletki, które piesek przyjmował przez ostatni czas.
Właścicielka była dodatkowo zaniepokojona sposobem, w jaki piesek chodzi. Poprosiła więc o badania tylnych łapek Arnolda. Wyniki przedstawiły dysplazję - kolejną dziedziczoną genetycznie chorobę.  
Okazało się, że cierpi na dysplazje obu tylnych nóżek. Łapki wypadają mu z bioder i kości ocierają o kości, co skutkuje ogromnym bólem. Kwalifikuje się to tylko i wyłącznie do operacji...
Arnoldzik
Kolejne dni upływały na wizytach w klinikach kardiologicznych, neurologicznych i ortopedycznych. Szukano rozwiązania aby poprawić kondycję półrocznego Arnolda. Niestety mimo przyjmowanych leków, stan pieska się pogarszał i problem z oddawaniem moczu coraz bardziej się nasilał. 
Ciągle się „zatykał” i trzeba było go cewnikować, co też ma swoje negatywne skutki. Doszło do tego, że już nawet cewnikowanie nic nie dało...
Lekarze zdiagnozowali liczne drobne kamienie (największy 3mm) w cewce moczowej. Piesek miał codziennie badania i kontrole.
Pani Angelika poczuła się bezsilna wobec tej sytuacji. Arnold nieustannie cierpiał. Nie chciał przyjmować leków. Zaczął też odmawiać jedzenia i picia. Jego sytuacja wciąż się pogarszała, aż w końcu przestał chodzić. Okazało się, że jego stan jest tak krytyczny, że pęcherz narażony jest na pękniecie, co niestety grozi śpiączką. Z dniem 6 października zapadła decyzja o eutanazji mopsika.
Mimo, że pluję sobie w brodę, bo go uśpiłam, przeżywam i ryczę, kiedy listonosz przynosi nowe zimowe ubranka dla Arnolda, to wiem, że zrobiłam wszystko co mogłam, aby go wyleczyć...
 
Aktualnie pani Angelika wszczęła działania, aby za wszelką cenę zwrócić uwagę wszelkich instytucji zajmujących się ochroną zwierząt oraz dopilnować, aby hodowla "SZKRAB" została sprawdzona przez organy odpowiedzialne za inspekcje lub interwencje w hodowlach psów.


Druga historia dotyczy pani Eweliny Pawłowicz, która mimo braku doświadczenia w zakupie psa z hodowli i wiedzy na temat takiej działalności, sama zorientowała się, że coś nie gra. Jak twierdzi: "Hodowca mydlił mi oczy". Nie spodziewała się jednak tak ciężkich przejść, jakie ją czekały z jej mopsem Ciastkiem.
Ciastek. Zdjęcie po chorobie.
28 sierpnia 2016 r. pani Ewelina wraz z mężem udała się po odbiór pieska pod adres hodowli "SZKRAB". Podobnie jak w przypadku pani Angeliki, nie zastała tam matki szczeniąt. Nie zastała nawet ojca miotu. A hodowca przywiózł szczenięta na posesję hodowli samochodem, w wiklinowym kojcu w bagażniku.
Na podwórku były 4 szczeniaki, w tym jeden 3 - miesięczny, który został zwrócony przez wcześniejszych właścicieli. Podobno kobieta miała uczulenie i drapała się do krwi. Niestety rodziców miotu nie widzieliśmy. Przez chwilę, gdy ktoś wychodził z domu to widzieliśmy w środku dorosłego mopsa. Wtedy zapytaliśmy, czy to może matka lub ojciec szczeniąt. Hodowca odpowiedział krótko, że nie.
Pan Szymon był bardzo miły i wraz z żoną oraz dziećmi, opowiadał pani Ewelinie i jej mężowi jaką wspaniałą opieką otaczają psy w ich domowej hodowli. 
Tłumaczył nam wszystko. Jak go karmić itp. Dostaliśmy wyprawkę Royal Junior, później pocztą dostaliśmy jakieś gadżety z Royal Canin. Pokazywał nam listę kontaktów w swoim telefonie, że te wszystkie numery to są ludzie, którzy od niego kupili szczeniaki
Cała transakcja odbyła się na podwórku posesji, na której jak sam pan Szymon przyznał - nawet nie mieszka i nie prowadzi chowu psów. Ma pod tym adresem zarejestrowaną jedynie swoją działalność. Dlatego pani Ewelina nie została nawet zaproszona do domu. Hodowca nie zaproponował podpisania żadnej umowy i wziął do ręki 1600 zł za szczeniaka. W zamian właścicielka dostała książeczkę zdrowia i wyprawkę. Metrykę ("DOMIN") hodowca oznajmił, że wyśle pocztą, co wywołało w pani Ewelinie zdziwienie. Zapytała również o rodowód, o którym była wzmianka w ogłoszeniu. Odpowiedź hodowcy była zaskakująca:
Powiedział nam, że rodowód można kupić wszędzie, że wystarczy pojechać z psem na wystawę, i że to, co inne hodowle mówią, to nieprawda. Mówił to z naprawdę wielkim przekonaniem. Był wyuczony tej roli.
Nazwisko i pełen adres hodowcy nie zostały w pełni upublicznione
zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych.
Po zabraniu pieska z hodowli, już w samochodzie właścicielka zorientowała się, że szczeniak śmierdzi, co wcześniej - na świeżym powietrzu - umknęło jej uwadze. Po powrocie do domu wykąpała Ciastka i zrobiła przegląd. Okazało się, że ma pchły, a jego ogólny stan jest nieciekawy. Następnego dnia niezwłocznie udała się do weterynarza w swoim mieście. Lekarz po wstępnych oględzinach stwierdził, że szczenię jest bardzo zaniedbane. Pchły, robaki, zapuszczone pazury, brudne uszy... Dodatkowo, lekarz postawił pod znakiem zapytania wiarygodność szczepień i odrobaczeń z książeczki zdrowia pieska. 
Weterynarz stwierdził, że tak małemu psu nie robi się wszystkich szczepień na raz. Wiec bardzo możliwe, że w ogóle ich nie miał, że to tylko pieczątki.
Cały wrzesień upłynął pani Ewelinie na odwiedzaniu lekarzy weterynarii, aby przeprowadzić kompleksowe badania, w celu upewnienia się, że jej mops jest zdrowy. Stan Ciastka jednak nie poprawiał się, piesek był chudy i nie przybierała na wadze. Kondycja jego uszu też wzbudzała niepokój. Wykonano m.in. badania krwi, pobrano zeskrobinę i przebadano na wszelki wypadek również biodra. 

W końcu wraz z październikiem, czyli w zasadzie miesiąc od zakupu psa, lekarz postawił diagnozę: Nużeniec i grzybica uszu oraz skóry. Rozpoczęło się intensywne leczenia Ciastka. Pani Ewelina postanowiła również skontaktować się z panem Szymonem, lecz bezskutecznie. Nie odbierał od niej telefonu, nie odpisywał na wiadomości. Również te wysyłane za pośrednictwem serwisu ogłoszeniowego pozostawały bez odpowiedzi. Hodowca w końcu całkowicie zablokował możliwość kontaktowania się z nim.
Pani Ewelina z Ciastkiem podczas choroby.
Stan mopsika był ciężki. Lekarze już po postawieniu diagnozy uprzedzili właścicielkę, że leczenie będzie długie i trudne. Pozbycie się nużycy ciągnie się miesiącami i wymaga stosowania kąpieli i przyjmowania leków. Grzybica też nie znika w tydzień. Ciastek wciąż nie przybierał na wadze, był apatyczny i ospały, w dodatku zgubił prawie całą sierść w wyniku choroby.
Na Święta Bożego Narodzenie chodził cały czas w ubranku, bo był tak strasznie łysy.
Ciastek w trakcie choroby
Po Nowym Roku Ciastek skończył 8 miesięcy i ważył 2,3 kg. Pani Ewelina nie poddawała się w walce z jego chorobą. Wreszcie stopniowo jego stan zaczął się poprawiać. Kondycja skóry była coraz lepsza, a sierść zaczynała odrastać. Piesek nabrał wigoru i zaczął być aktywny. Jak wspomina właścicielka:
Tak jak skończył rok, tak skończyły się problemy. 
Oburzenie właścicielki nigdy tak naprawdę nie minęło. Piesek miał być zdrowy, odrobaczony, miał być rodowód. Tymczasem wszystko okazało się jednym wielkim kłamstwem pod otoczką przedstawiania hodowli przez właściciela jako wspaniałej, rodzinnej, domowej i kochającej psy. Tymczasem jak się okazuje, tam nikt tych psów najwyraźniej nie kocha.
Pani Ewelina po przeczytaniu posta pani Angeliki nie wahała się aby nawiązać kontakt i przyłączyć się do akcji.
Nie można im popuścić. Kiedy Angelika wstawiła post, od razu domyśliłam, że to od nich. Zarabiają na krzywdzie tych zwierząt. Chcę pomóc przerwać to, co tam się dzieje. Człowiek uczy się na błędach. Dobrze, że są grupy w internecie, w których można od innych się czegoś dowiedzieć i nauczyć.
Ciastek na szczęście po długiej i ciężkiej chorobie wyzdrowiał i ma się dobrze.
Jest pod stała kontrolą weterynarza i przechodzi systematyczne badania.
 

Trzecia historia dotyczy pani Sylwii C., która też zakupiła mopsa z hodowli "SZKRAB". Kiedy tylko natknęła się na post Pani Angeliki Przychodzkiej od razu się z nią skontaktowała.  Również zdecydowała podzielić się swoimi doświadczeniami publicznie. 
Mopsik Haczi w okresie szczenięcym
Pani Sylwia pojawiła się wraz ze swoim partnerem pod adresem hodowli 3 września 2016 roku. Pan Szymon był serdeczny, miły i nie wzbudzał podejrzeń. Tłumaczył, że tutaj nie mieszka, że jest teraz w trakcie budowania własnego domu, ale szczeniaki przywiózł ze sobą w aucie. 

Mężczyzna zachwalał się jako hodowca, podkreślał swoje dobre podejście do opieki nad psami, że bardzo o nie dba, że karmi je dobrą karma i mięsem z kurczaka.
Przy okazji mówił jeszcze, że dostaje mnóstwo zdjęć mopsików od ludzi którzy je od niego kupili. Na tamten dzień, po jego słowach sądziłam, że ma świetny interes hodując zwierzaki.
Do transakcji doszło tak samo jak w poprzednich sytuacjach. Hodowca nie zaproponował spisania żadnej umowy ani nie wydał potwierdzenia zakupu szczenięcia. Pani Sylwia zapłaciła 1500 zł do ręki i otrzymała metrykę wydaną przez Stowarzyszenie Miłośników Zwierząt "DOMIN" i książeczkę zdrowia. O rodowodzie nie było wzmianki ani w ogłoszeniu, ani podczas rozmowy. Jak tłumaczy Pani Sylwia:
Ja nigdy nie kupowałam psa, nie znałam się na tym i nie wiedziałam o co pytać. 
Nazwisko i pełen adres hodowcy nie zostały w pełni upublicznione
zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych.

Po 3 miesiącach od zabrania pieska z hodowli pani Sylwia niczego nie podejrzewała i nie spodziewała się komplikacji zdrowotnych 5-miesięcznego Hacziego. Niestety ostatecznie pojawiły się niepokojące symptomy. Pies zaczął mieć problemy z chodzeniem.
Podnosił tylną łapę w dziwny sposób i przeskakiwało mu coś w bioderku - czułam to i to było słychać. Była nawet sytuacja, że kiedy raz mu przeskoczyło, to musiałam pomasować żeby kość wróciła na swoje miejsce. To było przerażające... 
Właścicielka zgłosiła się do kliniki weterynaryjnej aby prześwietlić staw mopsika. Zdjęcia RTG wykazały, że szczeniak ma dysplazję stawu biodrowego, wymagającą zabiegu.
Na chwilę obecną piesek dostaje leki, a zabieg zaplanowaliśmy na wiosnę.
Sytuacja mopsika Pani Sylwii nie wymaga co prawda natychmiastowej interwencji i nie grozi śmiercią psa, lecz mimo wszystko skazuje go na przewlekły ból i problemy z poruszaniem się, które wraz z wiekiem będą się nasilać. Dlatego piesek musi być poddawany cyklicznym badaniom kontrolnym a przede wszystkim musi przejść operację.
Haczi
Pani Sylwia dopiero niedawno uświadomiła sobie, że ma psa z pseudohodowli. Dołączyła do naszej grupy już jakiś czas temu, ale w końcu przypadkiem natknęła się na post z historią Arnolda, który skłonił ją do analizowania swojej sytuacji oraz kontaktu z kobietą w celu bliższej rozmowy.
Przypadkiem czytałam akurat post o chorobach tej rasy i zauważyłam post Angeliki, która opisała że mopsa kupiła w okolicach Radomia. Ja też. Więc zaczęłam pisać do niej i wypytywać o okoliczności zakupu itd. Sprawdziliśmy metrykę i wszystko wyszło na jaw.
 

PODSUMOWANIE:

Arnold cierpiał na dwa schorzenia przekazywane drogą genetyczną i musiał zostać uśpiony. Ciastek był chory na nużycę, grzybicę, w stanie ogólnego, wysokiego zaniedbania, a Haczi cierpi na dysplazję stawu biodrowego. Patrząc na metryki, widać, że wszystkie trzy mopsy pochodzą od jednego ojca - Ramzesa. Oznacza to, że być może Ramzes przekazuje np. dysplazję. Pan Szymon wydaje się więc nie badać systematycznie reproduktora skoro na świat przychodzą obciążone genetycznie mioty (od 2 lat), które z kolei też nie są poddawane żadnym badaniom genetycznym.
Ponadto zaprzyjaźniony z hodowcą lekarz weterynarii, pan Paweł G., który wstawia pieczątki do książeczek zdrowia szczeniąt, również wydaje się być rzetelny tylko na papierze a nie w praktyce.

Następną ważną rzeczą jest ukrywanie miejsca chowu psów przed klientem. Okazuje się, że pod adresem hodowli z metryki pan Szymon nie prowadzi tak naprawdę hodowli, nawet tam nie mieszka. Zwierzęta przetrzymywane są w zupełnie innym miejscu, nieznanym nam i niepokazywanym klientom. I nie była to jednorazowa sytuacja. Hodowla pana Szymona wzbudza więc wiele wątpliwości. Uczciwy hodowca przecież nie ma nic do ukrycia.

Kolejnym istotnym aspektem całej tej historii jest hodowla sama w sobie. Każda rzetelna i wiarygodna hodowla jest zarejestrowana w ZKwP (Związek Kynologiczny w Polce) - jedynej instytucji kynologicznej podlegającej pod FCI i wystawiającej rodowody o czystości rasy. Niestety wszelkie stowarzyszenia, w tym Stowarzyszenie Miłośników Zwierząt "DOMIN", do którego należy hodowla "SZKRAB", nie są wiarygodną w kwestii pokolenia i genów instytucją, nie podlegają pod przepisy związku kynologicznego dot. chowu psów, związek nie prowadzi w przynależących do stowarzyszenia hodowlach inspekcji, a rodowody i metryki nie mają żadnego większego znaczenia i wartości - są zwykłym wydrukiem, niepotwierdzającym zupełnie nic, oprócz adresu hodowli i samego stowarzyszenia.

Wspólnie apelujemy o interwencję w tej hodowli. Podejrzeń i niepokojących sygnałów jest zbyt wiele. A ogłoszenia z nowymi miotami w tej hodowli są co chwilę...

Jeśli to czytasz i też masz chorego mopsa z tej hodowli - skontaktuj się z nami.

Przedstawione materiały, powstał przy współpracy z autorkami i za ich pełną zgodą.
Kontakt telefoniczny do wszystkich trzech pań jest udzielany tylko w poważnych sprawach za pośrednictwem redakcji Mopsiarnia.com. Proszę w tej sprawie kontaktować się mailowo, w komentarzu, na FB - gdziekolwiek. Odpisuję i czytam wszystkie wiadomości na wszystkich kanałach portalu.


Karolina Kwiatkowska - redaktor naczelny portalu Mopsiarnia.com
Udostępnij na Google Plus

10 komentarze :

  1. Anonimowy10/10/2018

    Podsumowanie za długe. Pseudohodowla, bo zarejestrowana w jakimś pseudozwiązku. Tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pseudo to ty anonim jestes

      Usuń
    2. Błysnąłeś inteligencją, po prostu geniusz wypowiedzi.

      Usuń
  2. To że hodowla jest zarejestrowana w ZKwP też nie daje gwarancji kupienia zdrowego psa. Ja kupiłam psa z metryką ZKwP i po 3 miesiąca okazało się, że suczka ma kamienie w pęcherzu moczowym, co u tak młodego psa (7 miesięcy) nie jest normalne i raczej wskazuje na podłoże genetyczne. Pies jest 1,5 tygodnia po operacji, czuje się na szczęście b. dobrze i wraca do zdrowia i mam nadzieję, że przy odpowiedniej diecie problem z kamieniami się nie powtórzy... oby. I co mam zrobić? Pies był zaraz po kupnie badany przez weterynarza i wszystko było ok., pies był zdrowy i zadbany. Teraz nawet nie wiem, czy to genetyczne, czy może zła dieta w hodowli..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sluszna uwaga. Kazde Stowarzyszenie dziala na podstawie tej samej ustawy.

      Usuń
    2. Marta Dobrzyńska10/11/2018

      Może nie daje gwarancji ale zmniejsza ryzyko. A poza tym taka hodowla nie jest gdzies zabunkrowana i sie hodowca nie ukrywa, tylko lest wszystko publicznie, mozna pojechac, zadzwonic nikt sie nie czai z psami po piwnicach.

      Usuń
  3. Aneta B.10/10/2018

    Bardzo dobrze, że takie historie ludzie opowiadają! Nigdy nie wiadomo co tam się dzieje. Wygląda podejrzanie, te kręcenie, przywożenie szczeniaków z innego miejsca.... Nikt w takim razie nigdy nie widział prawdziwego miejsca w ktorym ten pan trzyma pieski!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Marta Dobrzyńska10/11/2018

    I niech mi ludzie kitu nie wciskają że takie hodowle to się niczym nie róznią od tych zrzeszonych z kzwp!!! Proszę - mamy dowód! Kolejny sporód wielu, pokazujący że za idealną otoczką najczęsciej kryje sie dramat.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10/13/2018

    Zadziwiający jest jeden fakt....Jak ludzie maja kupić odkurzacz , pralke czy komputer to przeszukują internet, czytają opienie, rozmawiają o tym ze znajomymi....natomiast jak maja kupic psa to po taniości...no jakis fenomen normalnie :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy12/14/2018

    Panie szukają najtańszych szczeniaczków rasy mops a potem pretensje o wszystko. Nie takie geny, nie takie rodowody, sprzedający mieszka tam a nie tam gdzie panie by chciały no ludzie. Trzeba było kupić szczeniaczka z FCI z umową w której jest wpis że żadnej gwarancji na zdrowie psa się nie udziela. Gość chciał zwrócić pieniądze i jeszcze źle. No i te wpisy o tym że bez umów skarbowy o niczym nie wie. Hodowla psów to dział specjalny od którego podatek naliczany jest rocznie od suki hodowlanej a nie od szczeniaczka. Ja bym te Paniusie podał do sądu o zniesławienie. Każdy adwokat to łyknie bo duże pieniążki do wygrania.

    OdpowiedzUsuń

Prosimy o ładne wyrażanie się w Mopsiarni :-)